Obraz z dzisiejszej Ewangelii powtarza się w naszym życiu bardzo często: Chrystus przedstawia swoją propozycję, ale my ją odrzucamy, bo boimy się, że będzie nas ona zbyt wiele kosztowała.
Nie chodzi tu zaraz o grzech czy o złą wolę. Na ogół to, co z propozycji Boga odrzucamy, nie jest ścisłym obowiązkiem, lecz czymś „ponad”, czymś dobrowolnym, dodatkowym wysiłkiem czy ofiarą.
Co ciekawe: w takich sytuacjach często mówimy „a”, ale boimy się powiedzieć „b”. Łatwo jest rozpocząć dobre dzieło, ale trudno jest doprowadzić je do końca. Wynika to być może z tego, że nie tyle zależy nam na rzeczywistym efekcie, co na pewnych pozorach czy przeświadczeniu, że przecież chcieliśmy, mieliśmy szczerą i dobrą wolę, ale tak jakoś nam nie wyszło.
Tzw. „dobre chęci” są znakomitym alibi, usprawiedliwiającym nasze lenistwo czy bezczynność. A często podjęcie jakiegoś wielkiego i nietuzinkowego projektu doskonale zwraca na nas uwagę i podziw innych, i to już nam wystarczy. Prawdziwy cel osiągnięty: dostrzeżono nas!
Kto wie, ile z tych motywów towarzyszyło młodzieńcowi z dzisiejszej Ewangelii! Niewątpliwie miał dobre chęci i wiedział, do kogo się z nimi udać – do Chrystusa. Nie można mu także odmówić zapału i pobożności: wyrażały się one nie tylko w słowach, ale i w dotychczasowym postępowaniu, jeśli tylko nie była to czcza przechwałka. Nie brakowało mu także uprzejmości i dobrego wychowania.
Do tego momentu wszystko było OK i stanowiło doskonały punkt wyjścia do propozycji Chrystusa. Propozycja ta wypływała z miłości, a miłość zobowiązuje człowieka i stawia mu wymagania. Dzięki nim wzrastamy i dojrzewamy w swoim człowieczeństwie. To jednak wymaga trudu, a nie każdego stać, żeby ten trud podjąć.
A właściwie stać każdego, ale nie każdemu się chce…