Każdy z nas zna doskonale historię syna, który roztrwoniwszy majątek wraca do domu i wyznając swój grzech zostaje radośnie przyjęty przez miłosiernego i kochającego ojca. Przypowieść Chrystusa o synu marnotrawnym jest jedną z tych, która najsilniej odcisnęła swój ślad w tradycji i sztuce europejskiej kultury: obrazach Boscha, Rubensa, Rembrandta, balecie Prokofiewa, poezji Różewicza, dramatach Brandstaettera, prozie Herlinga-Grudzińskiego czy pieśniach Jacka Kaczmarskiego, nie wspominając już o wielu motywach w kulturze popularnej. Jednak za każdym razem gdy wracam do tej przypowieści, niepokoi mnie myśl czy aby tak samo mocno odcisnęła się ona w naszych sercach. Obawiam się, że nie. Jej wyjątkowa obecność w sztuce wynika chyba właśnie z tego, że po ludzku nie potrafimy jej zrozumieć. Obnaża ona w wyjątkowy sposób kontrast pomiędzy myśleniem ludzkim a chrystusowym. Czyż pretensja i żal starszego syna nie dotyka naszej czułej ludzkiej struny poczucia sprawiedliwości? Po ludzku, w takiej sytuacji, pewnie każdy za nas też oczekiwałby lepszego traktowania za swoje wierne trwanie przy ojcu. W tej przypowieści widać jednak jak na dłoni, że chrystusowa sprawiedliwość jest inna niż ludzka, jest przede wszystkim miłosierna. Ten kontrast, ta sprzeczność natury ludzkiej i chrystusowej, tkwi w naszej świadomości, kulturze i tradycji jak zadra; nie daje nam spokoju, nie pozwala przestać myśleć o tym, że prawdziwa miłość jest przede wszystkim miłosierna. Ta swoista ambiwalencja odbioru nauczania Chrystusa o miłosierdziu, o miłosiernej miłości, jest jednak dla nas bardzo pomocna. Jezus doskonale wiedział, że uczenie nas o miłosierdziu a właściwie uczenie nas miłosierdzia stosowanego będzie trudne, właściwie najtrudniejsze. Ludzie relatywnie łatwo przyjmują i poddają się prawu, zbiorom zasad, zakazów i nakazów. One dobrze korespondują z naszym ludzkim poczuciem sprawiedliwości: „Tego nie zrobię, tamto zrobię, przestrzegam zasad, jestem dobrym człowiekiem”. Chrystus wymaga jednak od nas czegoś znacznie trudniejszego. Chce, żebyśmy potrafili złożyć ofiarę z samych siebie, wznieść się ponad naszą ludzką percepcję sprawiedliwości, a nawet zrezygnować z niej dla drugiego człowieka. Dla nas, biorąc pod uwagę naszą ludzką naturę, jest tylko jeden sposób aby to osiągnąć – miłość. Jeżeli darzymy kogoś prawdziwą miłością, jak mąż żonę, matka dziecko, czy dwoje prawdziwych przyjaciół siebie nawzajem, potrafimy wznieść się ponad własne egoizmy, zdobyć się na miłosierdzie. Nierzadko nie jest to łatwe, ale osiągalne. Chrystus wiedział to doskonale mówiąc „Daję wam nowe przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali; jak Ja was umiłowałem, tak miłujcie się i wy nawzajem.” (J 13,34). Jeżeli jednak miłości zabraknie, albo zwyczajnie jej nie ma, okazuje się, że miłosierna postawa jest dla nas praktycznie nieosiągalna, a jej miejsce zajmują jakże ludzkie argumenty, „ja mam rację”, „mi się należy”, „ty powinieneś”, wynikające z naszego, często zasadnego poczucia sprawiedliwości. Tyle tylko, że nawet jeżeli ludzkiej sprawiedliwości staje się zadość i winni zostają wskazani, osądzeni i ukarani, to w ludzkim sercu pozostaje rana, którą zaleczyć może tylko przebaczenie. Przez tą przypowieść Chrystus chce nam wskazać inną drogę, drogę miłosiernej miłości. Miłość Chrystusa, którą mamy naśladować, jest zatem dla nas wzorcem, z jednej strony praktycznie nieosiąganym, z drugiej jednak wyraźnym i ostrym, tak jak postawa ojca marnotrawnego syna. Ta przypowieść jest jedną z tych, które są jak odcisk palca Boga, jak dowód na to, że Ewangelia jest prawdziwą Dobrą Nowiną Chrystusa dla nas.
Marcin Wierszycki